Najlepsze wiatrówki tylko na Broń.pl   |   Dodaj do ulubionych
Strona główna Społeczność Rejestracja Użytkownicy

Daystate Mk4 S

Kiedy kilka lat temu pojawiła się na rynku wiatrówka Daystate Mk 3, kilka osób krzyczało, że to jakieś kuriozum, wynaturzenie, że wiatrówka na baterie to hańba i beznadzieja. Model jednak zadomowił się na dobre, wciąż budząc emocje, ewoluował przez lata. Wreszcie nie było sensu dalej zmieniać go i poprawiać, kierownictwo Daystate postawiło wszystko na nowy model. Mk 4, bo o nim będzie tu mowa, to poprawiona wersja Mk 3, ale na tyle od niej różna, że zasłużyła na własny numer.

 


Daystate produkuje obecnie kilka modeli. Od stosunkowo podstawowego Hunstmana, przez Merlyna, po Mk4 Grand Prix. W pełni zasłużona opinia, dotycząca tej firmy głosi, że wiatrówki wypuszczane na rynek są piękne, celne, bliskie doskonałość i napakowane elektroniką. Tak się to utarło, że mało osób wie, iż tylko Mk 4 i Airwolf mają elektroniczny spust, pozostałe modele mają spusty mechaniczne. Co nie znaczy gorsze. Tyle tylko, że wyzwalanie strzału impulsem elektrycznym to zaledwie ułamek możliwości nowego Mk 4.

Pierwsze wrażenie
Kiedy kilka lat temu czytałem na łamach Arsenału (Arsenał 8/2005) recenzję Mk 3, napisaną przez Wojciecha Witkowskiego, pomyślałem sobie, że elektronika w karabinku to… i tu musiałbym powtórzyć dokładnie te same słowa, które pojawiły się we wstępnie niniejszego tekstu – kuriozum, wynaturzenie, hańba i beznadzieja. Przerost formy nad treścią. Do głowy by mi nie przyszło, że nie tylko sam będę miał kiedyś okazję testować kolejną wersję – Mk 4, ale stanę się jej posiadaczem i opublikują tę recenzję w tym samym miesięczniku. Niestety, kilka rzeczy przez lata się nie zmieniło. Wojtek pisał o wykończeniu w tych miejscach, których nie widać i z żalem muszę stwierdzić, że następca ma te same przypadłości. Po pierwsze, gdy wziąłem karabin do ręki, strasznie coś grzechotało. Po drugie, kiedy się mocno ścisnęło osadę pod kartuszem, czuć było wyraźnie, jak się przemieszcza względem kartusza. Spust wciąż jest aluminiowym odlewem. O ile pierwsze wrażenie robi fantastyczne, o tyle po chwili człowiek zaczyna szukać dziury w całym i najgorsze jest to, że ją znajduje. Szybko okazało się, że osada ma źle wycięty frez pod kartusz. Osadę do systemu mocuje tylko jedna śruba i wszystko musi być idealnie spasowane, żeby to zagrało. Coś, co udało się osiągnąć firmie AirArms w modelu S 400, tu niestety nie do końca wyszło. Na szczęście dało się to łatwo naprawić – wystarczyło podkleić osadę w końcowej jej części, od wewnątrz, kawałkiem miękkiej części rzepu. Trzeszczenie i przesuwanie się osady względem systemu, jak ręką odjął. Przy okazji mogłem przez chwilę podziwiać układ elektroniczny, ale gdy spojrzałem na wykończenie wewnętrznej części drewna, to szybko złożyłem wszystko do kupy, żeby bez potrzeby się nie denerwować. W karabinku za ponad 5 tys. takie wykończenie to skandal. Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal? Podobno. Może z czasem uda mi się o tych niedoróbkach zapomnieć. Pozostała kwestia grzechotania. Przyczyna tkwiła w lufie, a dokładniej w osłonie lufy. Lufa montowana jest w systemie, zaś na zewnątrz chroniona rurką aluminiową, pomalowaną proszkowo na czarno. Kolor i odcień podobny jest do tego, jakim zwykle pokrywane są lunety i trzeba przyznać, że wygląda to bardzo dobrze. Poza tym nie stwarza zbyt wielu kłopotów podczas konserwacji, farba jest trwała. Pozostaje mieć nadzieję, że karabin długo będzie wyglądał jak nowy. Osłona lufy jest mocowana u nasady śrubami imbusowymi, a całość dodatkowo ochroniona przed skrzywieniem ósemką spajającą lufę z kartuszem. Powiedzmy, prawie spajającą, bo tak naprawdę między osłona lufy a ósemką jest luz. Około 1/3, może 1/4 mm – wystarczająco, żeby osłonę lufy dało się lekko poruszyć w osi góra dół, czy lewo prawo. I na tyle mało, że podczas potrząsania karabinkiem, sama się obija o ósemkę, hałasując. Grzechotka za 5 tys.? Skandal. Na szczęście miałem w domu kawałek materiału, który z jednej strony miał warstwę samoprzylepną, z drugiej był miękki i przypominał welur. Wycięcie cienkiego paska i podklejenie ósemki od środka tam, gdzie wchodzi lufa, zepsuło grzechotkę i poprawiło karabin. Wciąż jest dość luzu miedzy ósemką a osłoną lufy, by nie przejmować się zmianą punktu trafienia wraz ze spadkiem ciśnienia w kartuszu, a jednocześnie nic nie stuka.Wspomniane problemy mogą się komuś wydać trywialne i niegodne opisu. Może i tak jest. Jednak przypomnijmy, że karabin kosztuje wcale niemało. Wcześniej miałem AirArms S 400 i tam żaden taki kłopot nie występował. Szkoda, że sam musiałem dojść do takiego poziomu wykończenia Daystate’a, jaki miałem fabrycznie w wiatrówce za połowę ceny Mk 4.

 

W ostatecznym rozrachunku muszę jednak powiedzieć, że karabin mi się podoba. Osada ST charakteryzuje się wycięciem na kciuk (Thumbhole). Wykonano ją z drewna orzechowego. W moim przypadku, z jednej strony jest po prostu przepiękna, z ciekawym układem słoi. Z drugiej wygląda już bardziej zwyczajnie. Pod systemem z lewej i prawej strony znajduje się wycięte w drewnie logo Daystate. Żebyśmy nie zapomnieli, z czego aktualnie strzelamy, napis Daystate znajduje się także od spodu, w formie ryflowania. Jak dla mnie, tych napisów mogłoby nie być, chyba gustowniejsze byłyby takie ryflowania jak na chwycie, ale z drugiej strony to jest coś, co wyróżnia modele Daystate od konkurencji. Lufa, a także system są malowane proszkowo na czarno. Dodatkowo wstawiono kilka aluminiowych niemalowanych elementów, które wprowadzają pewne ożywienie swoim srebrnym, półmatowym odcieniem. Właściwie są tylko dwa błyszczące elementy w tym karabinku. Jednym jest bezpiecznik, który w pozycji odbezpieczonej zwyczajnie świeci się na czerwono, drugim jest dźwignia naciągu. Ta – chromowana – służyć by mogła jako lusterko, gdyby nie to, że nie ma na niej płaskich powierzchni.

Strzelanie
Żeby zacząć strzelać z Mk 4, trzeba karabin najpierw… podłączyć do prądu. Naładowanie baterii według instrukcji trwa około 14 godzin. To pierwsza próba charakteru dla potencjalnego nabywcy – rozpakować nową zabawkę, wyczekiwaną, a następnie odłożyć ją na wiele godzin. Na szczęście prądu według zapewnień producenta powinno starczyć na około 5 tys. strzałów. Ja oddałem już ponad 3 tys. bez doładowywania, więc zapewnienie producenta może być prawdą. W zestawie była ładowarka i cała plejada różnych końcówek do ładowania. Do tego każdą z nich można włożyć na dwa sposoby, ale tylko jeden da właściwą polaryzację i w efekcie pozwoli naładować wiatrówkę. Metodą prób i błędów dobrałem właściwy zestaw, zabezpieczyłem taśmą izolacyjną końcówkę, żeby sama się nie wypięła z zasilacza i zostawiłem karabin na noc. Następnego dnia nie mogłem się doczekać, kiedy wreszcie będę mógł zacząć strzelać. Pierwsze ściągnięcie spustu, jeszcze bez śrutu i pierwszy szok. Ten spust wart jest zdecydowanie każdych pieniędzy! Pracuje lekko. Pracuje w sposób absolutnie przewidywalny. Pracuje tak, jak właśnie spust powinien pracować. Choć można go regulować, służą do tego cztery śrubki, to ustawienia fabryczne tak mi pasowały, że nie miało sensu psuć tego, co jest doskonałe. Krótka pierwsza droga, lekki ale wyraźny opór i wreszcie pada strzał. Samo pokonanie oporu przypomina kliknięcie myszką komputerową i w zasadzie właśnie tym jest. W Mk 4 nie ma zbijaka. Nie ma też żadnej sprężyny. Strzał wyzwalany jest impulsem elektrycznym, który na ułamek sekundy otwiera zawór powietrza, dozując odpowiednią dawkę gazu, potrzebną do oddania strzału. Wszystko jest tak zaprogramowane, że każdy strzał ma taką samą energię na przestrzeni całego zakresu ciśnienia w kartuszu. Właśnie – kartusz. Zapomniałem dodać, że Mk 4 to wiatrówka PCP. Dotarła do mnie z częściowo napełnionym kartuszem, powietrza starczyło na krótką zabawę, jednak do testów trzeba było już napełnić go od nowa. Kartusz ładuje się do 230 barów. To dużo. Właściwie nawet bardzo dużo. I nie chodzi tu o samą wartość, bo takie wiatrówki jak Steyr FT 110 ładuje się do 300 barów. Tu chodzi o ilość strzałów, jakie z pełnego kartusza można oddać. Najpierw jednak należy karabin zaprogramować. A zaprogramować można zarówno ciśnienie minimalne, jak i energię strzału. Oprócz tego takie rzeczy, jak świecenie diody ukrytej w bezpieczniku, czy licznik strzałów (liczy do dziesięciu, tyle jest strzałów w magazynku). Można też zresetować wszystkie ustawienia. Po zaprogramowaniu powiadomienia o niskim ciśnieniu na 70 barów, uzyskałem aż 196 strzałów przy maksymalnej energii strzału! Niestety, ostatnie były już wyraźnie słabsze. Metodą prób i błędów doszedłem do wniosku, że najlepsze jest ustawienie powiadomienia o niskim ciśnieniu na 120 barów. Dzięki temu mam około 165 strzałów, a każdy śrut opuszcza lufę z prędkością około 238 m/s. Na ważonym i sortowanym śrucie JSB Exact odchylenie prędkości między strzałami nie wynosiło nigdy więcej niż 0,5 metra na sekundę. Kiedy strzelałem śrutem, branym prosto z pudełka, różnice były już większe, minimalna wartość wynosiła 236 m/s, a maksymalna 240,1m/s. Dowodzi to tylko tego, że czasem
warto przygotować sobie śrut na zawody, jeśli zależy nam na maksymalnej precyzji strzału. W strzelaniu rekreacyjnym takie różnice w prędkości nie mają jednak żadnego znaczenia.

Powiadomienie o niskim ciśnieniu to cztery szybkie piknięcia głośniczka, ukrytego gdzieś w środku karabinka. W moim przypadku można potem jeszcze oddać kilkanaście strzałów, ale wartość 120 barów ma taki sens, że do tego momentu nie ma szansy, żeby energia strzału spadła poniżej moich oczekiwań. Poniżej 110 barów ryzyko słabszych strzałów wzrasta. Samo programowanie karabinka jest bajecznie proste. Kiedy karabin jest zabezpieczony, trzeba nacisnąć spust i trzymając go wciśnięty, odbezpieczyć karabin. Teraz pozostaje tylko liczyć piknięcia głośnika. Jeśli piknie raz i puścimy spust, można będzie zresetować licznik magazynka. Gdy puścimy spust po dwóch piknięciach, będziemy mogli włączyć lub wyłączyć diodę bezpiecznika. Trzy piknięcia to włączanie licznika strzałów. Cztery piknięcia to programowanie powiadomienia o niskim ciśnieniu. Po pięciu programujemy energię strzału, która domyślnie jest ustawiona na maksymalną wartość. Sześć piknięć to włączenie opcji jednostrzałowej, która polega na tym, że po każdym strzale trzeba zabezpieczyć, a następnie odbezpieczyć karabin, aby móc oddać kolejny strzał. Siedem piknięć to reset wszystkich ustawień. Przydatne o tyle, że jeśli uda nam się coś zepsuć, to dzięki temu łatwo wrócimy do ustawień fabrycznych. Bezpiecznik to dźwignia, którą przesuwa się do góry, w celu odbezpieczenia ciśnienie karabinka, a ruchem w dół zabezpieczmy wiatrówkę. Dodatkowo bezpiecznik jest automatyczny, co oznacza, że karabin sam się zabezpieczy, jeśli pozostawimy go bezczynnie na pół godziny. Przed niepowołanym użyciem można wiatrówkę dodatkowo zabezpieczyć, zamykając ją na klucz. Dosłownie – przed osłoną spustu od dołu osady znajduje się zamek, który można przekręcić jednym z dwóch dołączonych kluczyków, co wyłącza całkowicie prąd w karabinku. A bez prądu Mk 4 nie strzeli.

Wszystko dobrze, ale jak to strzela? Tak jednym słowem? Cudownie! Przede wszystkim, jest nieprawdopodobnie szybki cykl strzału. Po naciśnięciu spustu śrut bez najmniejszej zwłoki opuszcza lufę. Nie ma zbijaka, ani sprężyny zbijaka. Impuls elektryczny wyzwala dawkę powietrza i już.
Po drugie, karabin jest dobrze wyważony, więc celowanie z niego jest bardzo łatwe i przyjemne, niezależnie od tego, czy strzela się z pozycji leżącej, czy klęczącej. Trochę gorzej jest ze stojącą, bowiem w tym przypadku wycięcie na kciuk, przynajmniej w moim przypadku, okazało się za płytkie i niewygodnie trzyma się chwyt. Jednak łatwo można sobie z tym poradzić, bowiem w łożu znajduje się także specjalne wyprofilowanie na kciuk w osi zamka tuż za systemem (tak zwany
chwyt angielski), a tym sposobem karabin trzyma się bardzo wygodnie. No i na koniec, karabin jest bardzo celny. Daystate na każdym kroku podkreśla fakt montowania w swoich wiatrówkach selekcjonowanych luf Lothara Walhera. Nie wiem, co prawda, na czym to selekcjonowanie polega, jednak efekt jest więcej niż zadowalający. Sam strzał nie przypomina niczego, co było w S 400. To raczej głośne puff. Osłona lufy spełnia funkcję wstępnego tłumika. Po zamontowaniu dodatkowego
tłumika z oferty akcesoriów Daystate nie słychać strzału W OGÓLE. Nic, cisza absolutna. Nuda.
Żeby jednak w pełni cieszyć się celnością musiałem dobrać amunicję. Czego to ja nie próbowałem: JSB Exact w każdym możliwym kalibrze (4,50; 4,51;4,52; 4,53 mm ), H&N Field Target Trophy także we wszystkich kalibrach, Daystate Select w kalibrach 4,51 i 4,52 oraz JSB Exact Express we wszystkich kalibrach. Pierwsze testy odbywały się głównie w pomieszczeniu, gdzie dało się strzelać tylko na 25 m. Z karabinu ustawionego na stojaku strzeleckim wycinałem na tym dystansie jedną dziurę każdym rodzajem śrutu, jednak zwycięzcą konkursy wydawał się Exact 4.51. Na równi z Daystate Select o tym samym kalibrze, jednak pamiętajmy, że JSB kosztuje połowę tego, co Daystate, a selekcję zawsze można sobie przeprowadzić za darmo. Niestety, na zewnątrz, gdy zacząłem strzelać, niezależnie od tego, czy wiał wiatr czy nie, śrut przestał spełniać moje oczekiwania. Nie można powiedzieć, że siał po całej tarczy, jednak zdarzały się dziwne odskoki, których nie umiałem w żaden sposób wyjaśnić. Nie pozostało mi nic innego, jak powrócić do kilku wcześniej odrzuconych rodzajów śrutu. Po długich poszukiwaniach, zwycięzcą okazał się JSB Exact 4.53. Latał najcelniej, zarówno na 25 m, jak i na 50. Na 25 m, przy delikatnym wiaterku, można wyciąć jedną dziurę w tarczy bez najmniejszego kłopotu. Zamieszczone na poprzedniej stronie tarcze wyraźnie wskazują, że karabin ma bardzo duży potencjał, a strzelec jest w zestawieniu z tym karabinkiem i dobrą lunetą zdecydowanie najsłabszym ogniwem. Wiele jeszcze wody w Wiśle upłynie, zanim strzelając bez żadnej podpórki choć trochę zbliżę się do wyników, jakie ten karabin robi z podstawki, gdy żaden strzelec mu nie przeszkadza.

Oddzielnym zagadnieniem jest magazynek i wkładka jednostrzałowa. Magazynek różni się od poprzednich wersji tym, że brak w nim górnej ścianki. Dzięki temu jest odrobinę niższy. Niestety, odziedziczył wadę poprzednika, jaką jest trudność ładowania. Żeby załadować, należy umieścić śrut w dolnej komorze i popchnąć go. Niestety, palce zwykle są zbyt grube, żeby śrut udało się wepchnąć na miejsce. Lepiej to się udaje, stosując jako popychacz jakąś zapałkę, czy cienki patyczek. To jednak wydłuża sam proces ładowania. Trzeba położyć śrut w komorze, popchnąć patyczkiem, przekręcić magazynek, położyć śrut… I tak dziesięć razy. Po nabraniu pewnej wprawy czynność taka zajmuje mniej niż pół minuty, jednak ładowanie magazynka od HW 100 zajmuje mniej czasu, a magazynek jest czternastostrzałowy. Jeszcze gorszym rozwiązaniem jest wkładka jednostrzałowa. Ma wyraźnie zbyt płytką rynienkę na śrut, przez co wystarczy lekko przechylić karabin w pionie, by śrut wypadł z niej na bok i poleciał w trawę. A wystarczyłoby zrobić tę wkładkę o milimetr grubszą. Rynna miałaby wystarczającą głębokość, śrut ładowałoby się lekko i bez problemów. Na plus obu, zarówno magazynka jak i wkładki, należy zanotować łatwość montażu. Mają magnesy, które trzymają je we właściwym położeniu na karabinku

 

Magazynek sam się indeksuje, po strzale należy odciągnąć dźwignię do tyłu, a magazynek przekręci się o właściwą wartość. Popychając dźwignię do przodu, ładujemy kolejny śrut do lufy. Przy okazji muszę jednak też pochwalić firmę Daystate za poprawienie pewnej niedoróbki z poprzedniego modelu. Otóż w Mk 3 popychacz śrutu, cofając się, odsłaniał otwór, w którym mieścił się śrut. Gdy przeładowywało się karabin, trzymając go lufą do góry, istniało ryzyko, że śrut wpadnie nam do środka systemu. W Mk 4 zostało to poprawione i nie ma już takiej możliwości, a co zatem idzie, zmiażdżony śrut nie zablokuje karabinka, na przykład w krytycznym momencie na zawodach.

Podsumowanie
MK 4 to taki poprawiony Mk 3. Ma moim zdaniem ładniejsze łoże, w wersji ST wzorowane na tym z Merlyna ST. Poprawiona elektronika, podobno lepiej zabezpieczona przed wilgocią, umożliwia oddanie większej ilości równych strzałów. Poprawiona została wyraźna niedoróbka w postaci dziury dokoła popychacza, przez którą mógł wpaść do środka śrut. Osłona lufy, spełniająca jednocześnie funkcję ochronną i pracująca jako wstępny tłumik to krok w dobrą stronę. Niestety, wielu rzeczy nie poprawiono. Wykończenie wewnętrznych powierzchni osady jest karygodne. Ładowanie magazynka,wymagające posiadania przy sobie zapałek, płytka tacka jednostrzałowa to wciąż nierozwiązane problemy. W dodatku to problemy, które stosunkowo niskim kosztem udałoby się całkowicie wyeliminować.

 

Z jednej strony dostajemy bardzo celną i piękną wiatrówkę, z drugiej jednocześnie drażnią niedoróbki. To trochę tak, jak z osadą w moim egzemplarzu – po prawej stronie układ słoi jest bajecznie piękny, po lewej nie wyróżnia się niczym szczególnym. To wszystko nie warte byłoby wzmianki, gdyby nie cena karabinka. Można by przypuszczać, że w karabinku za ponad 5 tys. złotych takich ewidentnych oszczędności, jak za płytka tacka na śrut być nie powinno.

 

A jednak. Wydaje mi się, że Daystate za bardzo bazuje na opinii producenta doskonałych wiatrówek i pozwala sobie na pewne niedociągnięcia, licząc na to, że przejdą bez echa wobec niewątpliwych zalet wiatrówki. Ja też właśnie tak zrobiłem. Poprawiłem co się dało – karabin już nie trzeszczy i nie grzechocze. Wkrótce będę miał wykonaną przez rzemieślnika nową wkładkę jednostrzałową z głębszą rynienką. Do każdego pudełka śrutu wsadzam zapałkę, żeby zawsze mieć przy sobie popychacz do ładowania magazynka. To wszystko, co trzeba było zrobić. Poprawiłem, co trzeba, teraz pozostaje się cieszyć tym, czego poprawiać nie musiałem – celnością i doskonałym spustem, a także ponadprzeciętną urodą wiatrówki.

 

 

Źródło: Arsenał grudzień 2008

Wypowiedz się na temat tego artykułu na naszym forum

Najbliższe imprezy

no news in this list.

artykuły zagraniczne